Blog: Czy sowa może zostać skowronkiem?

Często słyszę pytania jak to możliwe, że o 6-7 rano jestem już po bieganiu… Przecież to się nie da wstać o 4:45 i zacząć trening o 5:30. I w ogóle to po co? Nie można normalnie, po południu?

Zawsze byłam raczej typem sowy i w dodatku uwielbiałam spać. Oczywiście w czasach szkolnych musiałam wstawać rano do szkoły, w liceum nawet miałam okres kiedy jeździłam rowerem na 6:00 na basen przed lekcjami… ale to było dawno i nieprawda, nie było zbyt wielu obowiązków i możliwości odespania po południu istniały.

Dorosłe życie to nie je bajka, siedmiu krasnoludków nie pójdzie za Ciebie do pracy, a książę nie da Ci pospać stu lat, prędzej obudzi Cię po 4 godzinach snu i niekoniecznie pocałunkiem… Gdy zaczęłam regularnie biegać, pojawił się problem jak wszystko pogodzić. Pewnie do dzisiaj nie wpadłabym na pomysł biegania przed świtem, gdyby nie trenowała tak Beata. To właśnie ta Wonder Woman po drugiej stronie rzeki o nieludzkiej wówczas dla mnie godzinie ruszała na biegowe ścieżki by później ogarniać wszystkie inne sprawy. To był tak naprawdę pierwszy krok i chyba najważniejszy bo dowiedziałam się, że się da.
Postanowiłam spróbować wiosną. To dobry czas bo już jest rano jasno. Jak spróbowałam, tak zrezygnowałam. Poległam. Sowy nad ranem nie funkcjonują. Sowy śpią. Tylko superdziewczyny po prostu latają… a jeśli chcą latać szybciej to muszą robić to regularnie. Ja też chcę być supergirl z piosenki Reamonn`a…
Drugie podejście zrobiłam na przełomie lata i jesieni. Początki były trudne, nie zdawałam sobie sprawy z siły przyciągania ciepłej kołdry nad ranem i łatwości z jaką się odpuszcza wstanie. Oprócz tego z każdym kolejnym dniem słońce wstawało później. Tematu nie ułatwiała też ścieżka, po której wtedy biegałam. Mieszkałam poza miastem i miałam do wyboru albo kręcenie kilku 2-kilometrowych pętli niczym chomik w kołowrotku, albo wiejskie drogi, które nawet w dzień nie były bezpieczne. Chyba nigdy nie zapomnę treningu bodajże w listopadzie, kiedy było ciemno jak w dupie u Murzyna, okropnie wiało, lało, a ja uciekałam na pobocze przed tirem… Co ja tutaj robię?

Tym razem wytrwałam i tak biegam do dziś. W międzyczasie zmieniłam ścieżki na przyjemniejsze i najczęściej nie biegam już sama, bo Konrad wstaje jeszcze wcześniej i przybiega żeby mi towarzyszyć. Zresztą i tak o tej porze „śrutusy” śpią i czuję się bezpieczniej.
Czy było warto? Przede wszystkim takie podejście gwarantuje systematykę. Jeśli odpowiednio wcześnie wstanę to zawsze zdążę z resztą zadań bo godziny rozpoczęcia szkoły córki i mojej pracy są przewidywalne. A po południu bywa różnie- czasem trzeba zostać w pracy dłużej, wyskoczą jakieś inne sprawy i już po treningu… Oczywiście są urodzeni sportowcy, którzy nie muszą mieć dużej dyscypliny, na bieganie wychodzą rzadko, a mimo to mają wyniki. Ja nigdy się do nich nie zaliczałam, w szkole ze „sportów” najlepiej wychodziły mi szachy. Mam też różne zdrowotne ograniczenia, z którymi muszę sobie radzić. Tym bardziej cieszą mnie postępy, które bardzo powoli, ale zaczęły przychodzić przy regularnym bieganiu.

Gdy pobiegam rano, cały dzień mam miłe uczucie, że już mam „odhaczone”. A po południu są inne sprawy. Moja córka też docenia, że biegam, gdy ona jeszcze śpi. Wtedy mamy czas dla siebie po pracy i po szkole. No i gdy się w tygodniu wstaje przed 5:00 to pobudka w weekend o 6:00 lub 7:00 wydaje się luksusem 🙂 Można zrobić długie wybieganie, a młodzież się nawet nie zorientuje.

Gdy wyjadę w delegację, zabawne jest widzieć zdziwienie na twarzy kolegów, gdy idziemy gdzieś wieczorem, a ja mówię „to już widziałam rano”, „tam już dziś byłam”. Jeśli muszę wrócić do hotelu najpóźniej o 7:00 na śniadanie, później pokutuję cały dzień w pracy, a wieczorem mam często jakieś spotkania lub wyjścia, to czas na bieganie i zwiedzanie jest tylko rano.

Tatry widziane ze szczytu Jaworzyny Krynickiej. Warto było wstać przed 5 i tam wbiec żeby to zobaczyć…
kraków
Piękna i bestia

Oczywiście, nie ma nic za darmo. Są minusy. Chyba największym jest właśnie samo wstanie tak wcześnie, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Gdy już się pokona grawitację to jest ok, sam bieg to już przyjemność bo rano nogi są lżejsze, bardziej wypoczęte niż wieczorem, ale… no właśnie… trzeba wstać. Z czasem człowiek się przyzwyczaja i budzi sam, ale to oznacza, że około 22 chce spać. I później nocne biegi czy długie imprezy połyka ziewaniem…

Myślę, że mnie ta zmiana wyszła na dobre, jednak nikogo nie namawiam do podobnych rewolucji. Jedni lubią częściej, inni rzadziej, rano, po południu, wieczorem… To zależy od tak wielu czynników, przede wszystkim innych niż biegowe, nie ma recepty uniwersalnej. Każdy niech robi to co mu pasuje i tego się trzymajmy.

Okazuje się, że nawet sowa może zostać skowronkiem, dopóki nie oczekujemy, że będzie śpiewać…

Kalisz, 12.04.2018.

Komentarz do “Blog: Czy sowa może zostać skowronkiem?

  • 12/04/2018 o 17:29
    Permalink

    Debiut pisarski na naszej stronie nowej Autorki, tym samym grono piszących Pań się powiększa! Dziękuję i poproszę o więcej 🙂
    Zapraszam też panów do pisania,chyba że odwagi brak… 😉

Dodaj komentarz

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress