Blog: C`est si bon… czyli piwo, bieganie i frytki w La Louviere.

O naszym belgijskim mieście partnerskim nasłuchałam się już sporo. Od wielu lat koleżeństwo z KTS Supermaraton, pod przewodnictwem Iwony i Piotra Maciejewskich, odwiedza to miejsce by podtrzymywać kontakty z wciąż prężnie działającą polonią.

Opowieści były na tyle zachęcające, że gdy w tym roku to mnie uhonorowano zaproszeniem, z ogromną przyjemnością z niego skorzystałam (po uzyskaniu zezwolenia od córki…)

Jedynym minusem jest tak naprawdę odległość- ponad tysiąc kilometrów nawet pokonane autostradą potrafi dać w kość. Zapakowani po sam dach, wyruszyliśmy. Na szczęście swobodny przepływ towarów i osób pozwolił bez problemu przewieźć polskie „smakołyki”.

Tak nam się dobrze jechało, że po drodze postanowiliśmy postać w korku dobrą godzinę i odwiedzić Brukselę. Starówka opływająca w gotyk zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Równie ogromną, ale tym razem niechęć, poczułam zobaczywszy wozy opancerzone i karabinierów przed budynkami urzędowymi tej stolicy biurokracji. Ponadto przekonałam się, że na ulicach nie obowiązują chyba żadne zasady jazdy samochodem. Pierwszeństwo ma szybszy i większy…

Zgodnie z supermaratońską tradycją,  Piotr pokazał nam miejsce porażki Napoleona pod Waterloo i już mogliśmy się udać do macierzystego portu by rozpocząć złożoną z wielu dań ucztę…

Na przystawkę mieliśmy coś dla oczu. Rzędy malowniczych uliczek wypełnionych niewielkimi, przesympatycznymi domkami to coś, co po polskiej wszechobecnej gigantomachii i pstrokaciźnie jest wytchnieniem dla wzroku.

Niby każdy domek jest inny, a jednak cechy wspólne- drobna cegła, rodzaj dachówki oraz wielkość sprawiają, że wszystko układa się w jakże zgrabną całość. Otoczone nienachalną, idealnie wkomponowaną zielenią. Jest to typowa małomiasteczkowa francuska zabudowa.

Bardzo podobnie było w odwiedzonym przez nas pobliskim Hautmont (miasto partnerskie Kalisza we Francji). Jeszcze długo będę karmić wewnętrzną potrzebę estetyki tymi widokami.

Daniem głównym wyjazdu okazała się prawdziwa gościnność. Czuliśmy ją na każdym kroku. Przedstawiciele władz miasta przy każdej okazji pozdrawiali zaprzyjaźnione miasto Kalisz z Polski (z Pioodreem Masieejewskiiiim). Zresztą w La Louviere wyraźnie widać, że urzędnicy są dla mieszkańców, a nie odwrotnie.

 

Biegacze, których mijałam na trasie, widząc flagę na koszulce wołali – „Alle, Pologne, Kalish”. Przedstawiciele Polonii cieszyli się rozmowami z nami. W przypadku Edwarda – naszego gospodarza – była to nie tylko radość, ale autentyczne wzruszenie. I tylko gdzieś pojawia się myśl, czy te więzy z Polską przetrwają próbę czasu i pokoleń…

Żeby posiłek dobrze smakował, popiliśmy go fantastycznym belgijskim piwem. Podawane w sympatycznych małych kufelkach ma tyle rodzajów, że można przez kilka dni próbować za każdym razem innego. Zagryzając frytkami…

Czy to koniec? Ależ skąd! A deser? Wzięliśmy przecież udział w prawdziwym święcie biegania. Tak właśnie można nazwać imprezę, podczas której rozgrywany jest marsz oraz biegi na 6, 11 i 21,1 km. I to nie tak, że zamykają ulicę na 3 godziny, a reszta psioczy, że ktoś zablokował miasto. Wszyscy biorą udział. Albo biegną, albo maszerują, ewentualnie z kufelkiem piwa w dłoni kibicują. Gra zespół, orkiestra, hałas nie z tej ziemi. Potem feta do późnej nocy w knajpkach i na uliczkach. I jakoś nikomu to nie przeszkadza.

Piotr biegał 11km, a Rafał i ja zdecydowaliśmy się na udział w półmaratonie. To był strzał w dziesiątkę… Belgijski posiłek zakończył się tak jak się zaczął- na przepięknych widokach, tym razem bardziej krajobrazowych. Cudownie malownicza trasa, wzdłuż kanałów, akweduktów i ciekawej architektury.

To był krótki wypad, ale pojedliśmy do syta. Au revoir, La Louviere…

Facebook

Likebox Slider Pro for WordPress